|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Apo.... c.d.
II rok, Miałem już jakieś doświadczenie, niewielkie bo niewielkie, ale jednak. Wiedziałem chociaż gdzie się znajdują kible wydziałowe na kampusie akademickim, a i tak nie na tyle, żebym był w stanie pokierować kogoś do tego, gdzie na pewno znajdzie papier toaletowy. Rozglądając się za materiałami, których jeszcze nie miałem, przechadzałem się między studentami oferującymi swoje podręczniki i przyglądałem się tym biednym pierwszakom, którzy kupowali używane skserowane skrypty do anatomii po cenach wyższych niż można kupić nowe... heh, nie ma to jak trafić na skurwiela bez sumienia, który zrobi wszystko żeby tylko zarobić ;] Kilka dni później okazało się, że asystenci katedry biochemii wymyślili sobie, że obowiązuje nas nowy skrypt z instrukcjami do ćwiczeń, bo ten z zeszłego roku już jest za stary (mimo, że różnił się kolorem okładki), więc mieliśmy się udać do "uczelnianego działu wydawnictw" i nabyć tą nowość. Jak się okazało nowość kosztowała 20 zł... za 80 stronowe badziewie formatu A5, w miękkiej okładce, bez kolorowych rysunków ? nie ma to jak zedrzeć z biednego studenta ;] I zaczęło się. Mało zajęć, bo na wykłady nauczony już byłem żeby nie chodzić. Przedmioty do dupy nie licząc fizjologii, która była całkiem ciekawa. Kolejny raz, choć wiedziałem że już ostatni, przyszło mi mieć zajęcia w katedrze histologii, embriologii (i, bo o tym zapomniałem) i cytofizjologii. Histologia nowością nie była, na dodatek wiedziałem, że ćwiczenia będą trwały tylko do grudnia, po nich będzie egzamin praktyczny i przerwa 1,5-miesięczna do sesji, kiedy to przyjdzie zetrzeć się z egzaminem teoretycznym. Jak się później okazało egzamin był komiczny... bo jak inaczej nazwać 100-pytaniowy test wielkrotnego wyboru ? Na takie coś nie dało się nauczyć, wiedziałem o tym od początku więc nie próbowałem ;] giełdy z zeszłych lat poszły w ruch i udało się zaliczyć za pierwszym podejściem, uf. Cytofizjologia przytoczyła mi wspomnienia z embriologii, zajęcia były prowadzone w ten sam sposób, z tym że nie dałem sobie możliwości na niezaliczenie któregokolwiek, bo potknięcie na embriologii nauczyło mnie, że trzeba się pilnować i dbać o swoje zdrowie psychiczne. 13 seminariów z cytosyfu to i tak aż nadto. Trudno opisać ile stresu najadłem się na tych zajęciach, kiedy to w trakcie prezentacji uczyłem się na szybko bieżącego tematu wertując książkę, którą trzymałem na kolanach, bo wiedziałem że za chwilę zostanę o coś zapytany, a ćwiczenie trzeba było zaliczyć. Moja taktyka się opłaciła, obyło się bez wielkiego bubu jakim miał być test zaliczeniowy z całego semestru. Fizjologia powinna być najważniejszym przedmiotem na II roku i każdy się z tym zgadza. Niestety, na powinności się skończyło. Ćwiczenia trwały jakieś 3 godziny zegarowe, podzielone były na część praktyczną, czyli np. oglądanie w TV filmu z kasety video, który przedstawiał jak studenci zeszłych lat robili doświadczenia na żabach czy nawet królikach, albo siedzenie przed komputerami i wykonywanie doświadczeń w programie komputerowym "physiology coś tam, coś tam" polegających na klikaniu myszką na narysowane przyciski typu "pobierz krew szczurowi", "wstrzyknij krew do wirówki" , "zmiksuj krew z częstotliwością obrotów miksera 2000/minutę" "zapisz w tabelce coś tam" itd. Jedyne co rzeczywiście robiliśmy to było pobieranie sobie krwi i oznaczanie jej grupy poprzez nakraplanie na szkiełka z przeciwciałami i obserwowanie czy zachodzi aglutynacja, raz też sprawdzaliśmy odruchy ścięgniste młotkami neurologicznymi, i coś co było chyba najbardziej widowiskowe - oglądaliśmy sobie nawzajem dna oczu oftalmoskopami. Część teoretyczna wyglądała jak lekcje w szkole - siedzieliśmy w klasie i rozmawialiśmy z asystentem, co jakiś czas przygotowywaliśmy prezentację. Egzamin większość osób zdawała w przedterminie, w formie odpowiedzi ustnej, ja nie byłem w tej kwestii wyjątkiem. Poszło gładko i dobrze, a szkoda, bo mogło być bardzo dobrze, w końcu powiedziałem wszystko. Damn it, chyba mam jakiegoś pecha do tych ustnych. Biofizyka była specyficzna, lubiłem bardzo fizykę, ale jak się okazało przedmiot miał niewiele wspólnego z liczeniem zadań. Jedynie optyka się pokrywała z tym co było w zakresie matury. Uczyliśmy się wielu nieprzydatnych rzeczy typu mechanizm działania MRI, TK, laserów i innych machin. Było to całkiem ciekawe, choć niełatwe. Egzamin okazał się dość ciężki, wiele osób (głównie płci pięknej) wychodziło z niego niepowstrzymując łez, ale jak się okazało uwaliło "tylko" 40 osób. Higiena i epidemiologia były przedmiotem bardzo męczącym, siedzenie na seminariach prowadzonych przez psychicznie chore asystentki, które opowiadały m.in. o zanieczyszczeniach powietrza i wody było na prawdę bolące. Jak szkło w dupie. Na egzaminie pani prof. zajadała się winogronami w trakcie odpytki studentów, a robiła to w taki sposób jak mała dziewczynka, która chce się pochwalić przed koleżankami (w tym wypadku - nami) że coś ma, a one tego nie mają. Ch... ci w d... pomyślałem, i tak nie byłem głodny. Angielski - c.d., to samo, egzamin ustny, bardzo sympatyczny, 3 godzinki nauki i ocena 4,5. Nie narzekałem ;] O biochemii wspomniałem na początku. Był to przedmiot największy i trzeba było z niego najwięcej umieć. Asystenci dużo wymagali, kolokwia były trudne, ale egzamin był jak to się mówi hardkorowy. Już w październiku przepowiedziałem sobie przyszłość, że nie będę się tego uczył w sesji i będę miał wrzesień. Jak postanowiłem, tak zrobiłem ;] 3 tygodnie sierpnia po 3 godzinny dziennie pozwoliły zdać poprawkę na 3,5. Kurwa, to był na prawdę ciężki egzamin. Żeby go napisać na 5, trzeba było znać 3/4 Harpera na pamięć cóż, ja się nauczyłem trochę ponad połowę i mi starczyło. Nie rozumiem tylko, dlaczego biochemia była tak przejebanie ciężka i tak szczegółowo trzeba było ją umieć, skoro jej przydatność jest znikoma, ale co ja będę mówił, co ja mogę, szary człowiek ze mnie ;] Praktyki wakacyjne odbyłem w przychodni, w całe 5 dni. Na szczęście pani dr nie kazała mi robić za murzyna, i nie zrealizowałem programu praktyk, który przewidywał m.in. nauczenie się pisania jakiś papierów.
czwartek, 16 czerwca 2011, akardo007
|