|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Apokalipsa
Tytuł wcale nie jest na żarty, i nie jest też o końcu świata, przynajmniej nie kuli ziemskiej. Ci o słabych nerwach, posiadający wielkie marzenia, nadzieje i inne bzdety - zachęcam do opuszczenia lektury bo będzie ostro, z goryczą i tryskającą we wszystkie strony żółcią. Innych zapraszam do czytania jednocześnie zachęcając do ostrzenia zębów przy okazji. Tyle tego jest, że bardziej wyjdzie mi książka niż notka, ale co tam, spróbuje w miarę możliwości wycisnąć z tego esencję. Rozważam napisanie notki w dziale "inne", ale może jeszcze się opanuje i wykrzesam z siebie trochę litości żeby pozwolić ludziom żyć w świecie złudzeń i oszukiwania się. We'll see...
Jestem pod wpływem złych emocji i zmęczenia więc postaram się odpowiednio pokolorować sprawę, i nie znajdę miejsca na pobłażanie. Nie zamierzam zniechęcać kogoś do medycyny, jak twardo trzymasz się swoich poglądów to i tak pójdziesz na te parszywe studia, ja po prostu zamierzam ujawnić prawdziwy obraz tych studiów komuś, kto tak na prawdę może się tylko domyślać jak na nich jest.
I rok studiów, Nie mogłem się doczekać tego momentu, i zaczęło się. Pierwsze wykłady - biologia, chemia - nudne jak flaki z olejem, na obu zasnąłem - szybko odpuściłem. Na anatomii trochę ciekawiej, ale po pewnym czasie pani prof., która raczyła nas swoimi opowiastkami w międzyczasie prowadzenia wykładu, zaczęła się powtarzać i też zrobiło się mdło. Ćwiczenia: na chemii w pierwszym semestrze uczyliśmy się przede wszystkim wzorów, wszystkie aminokwasy to podstawa, później zaczęły się cukry i ich pochodne, podobnie z lipidami. Na pamięć wzory związków typu: kardiolipina czy inne fosfolipidy, albo plazmalogeny - chleb powszedni. Od nasrania, w pare dni do opanowania - matura przy tym to jakaś igraszka. Drugi semestr chemii: hehe... uczyć się nie trzeba było, miałem na godz. 11:15, wstawałem o 9:00 i w 1,5 godz. przygotowywałem się do ćwiczeń czytając instrukcje. Przewijały się elektroforezy, chromatografie itp. - prosta sprawa. Jeśli chodzi o laboratoria z chemii to można powiedzieć, że były zbędne. Dzisiaj nawet nie pamiętam co na nich robiliśmy. Kojarzę tylko, że jakieś doświadczenia, które się nigdy potem nie przydały. No i jeszcze sytuacja, w której nie doczytałem instrukcji i koledze dolałem do probówki 1 ml HNO3 zamiast 1 kropli hyh... probówka mu się w rękach zagotowała, ale na szczęście nie pękła. Egzamin w 95% składał się z pisania wzorów, oprócz tego kilka równań reakcji i jakiś wzór do interpretacji. Przydatność przedmiotu z punktu widzenia czasu: zerowa ;]
Anatomia: kolos, największy przedmiot na 1 roku i chyba w ciągu 3 lat też, jeśli chodzi o ilość stron książki do opanowania, prostszy w tej kwestii, że to co się czyta, ogląda się w atlasie i dość łatwo się ten materiał przyswaja, no ale, przejdę do opisu ćwiczeń. Odbywały się one w w wielkim prosektorium, siedzieliśmy na małych drewniano-metalowych "stołkach" przy kamiennych stołach. Po 12 studentów i 1 prowadzący przy stole. W prosektorium było tych stołów bodajże 4. Zaczęło się od działu osteologia i arthrologia, czyli kości, więzadła i połączenia kości (stawy). Asystentka przyniosła kilka pudeł, w których było... nie, nie pełno, lecz kilka kości ;] Jedna kość na wszystkich studentów przy stole, nie ma co - świetne warunki dydaktyczne. Może się czepiam, ok, pal licho tą kość udową czy łokciową, w końcu to proste, ale przy ostatnich ćwiczeniach - z czaszki... było już na prawdę "śmiesznie". Słowa prowadzącej: "no niestety, ale nie zachowała się nam tutaj żadna pełna kość klinowa, musicie sobie wyobrazić te wyrostmi skrzydłowate" . I takie tam inne artefakty ;] Na następnych działach były już tzw. preparaty mokre - czyli mięsko. Jakość: 2/10 Wiek preparatów: 20-60 lat. Żenada totalna, ciężko było znaleźć jakiekolkwiek mniejsze struktury, pomijając fakt, że czasem myliło się znacznie większe rzeczy. Przebiegu ćwiczeń nie będę omawiał, bo wiadomo jaka jest specyfika przedmiotu. Powiem tylko że oceny z kolokwiów jakie osiągałem wahały się między 4 (db) a 5 (bdb), starałem się, miało to zaprocentować oceną z egzaminu końcowego. Egzamin praktyczny: 5 stanowisk, po 6 struktur do nazwania przy każdym, warunkek zaliczenia: minimum 4/6 z każdego stanowiska. Moja ocena: 5 (bdb) - 30/30. Nieźle - pomyślałem, że na egzaminie teoretycznym - a z niego właśnie leciała ocena do indeksu - to też mi zaprocentuje, dodatkowo chodziłem na wykłady, podobno konieczne do zaliczenia egzaminu. Na egzaminie teoretycznym: wszedłem ja, i cztery koleżanki. Odpowiadałem ostatni, koleżankom trochę nie szło, więc pani prof. się mocno podenerwowała. Tylko jedno pytanie z czterech mi nie do końca podeszło, ale poradziłem sobie z nim całkiem nieźle, zapomniałem jednej rzeczy, ale się wybroniłem, kolejne pytania poszły jak z bicza strzelił. Ocena końcowa (pomyślałem, że skoro odpowiedziałem prawie na 5, to oceny z kolokwiów i z praktycznego pomogą dobić do tej 5...) hehe... pani prof. do mnie: dostateczny. Mam coś dodać więcej :) ? ach ta sprawiedliwość na świecie. Przydatność przedmiotu: przydaje się, szczególnie anatomia topograficzna, szkoda tylko, że przez uczenie się każdego szczegółu, człowiek zaczyna tracić zarys całokształtu i się gubi w praktyce. Pomijam już fakt, że piękne rysunki w atlasach nijak mają się do "czerwonej" (krew, krew, krew - blok operacyjny) rzeczywistości, i nawet jak się dobrze zna teorię, to po zobaczeniu zabiegu operacyjnego za pierwszym razem powoduje opad żuchwy i stwierdzenie, że (prawie) nic się nie wie.
Biologia trwała 1 semestr, ćwiczenia sprowadzały się do nauki genetyki: klasycznej i molekularnej (ze wszystkimi szczegółami, w końcu to takie "przydatne"), parazytologii (cykle rozwojowe pasożytów - mniam), i chorób genetycznych, będących przecież dzisiaj najważniejszymi przyczynami śmierci w cywilizacji ;] Nie pamiętam dzisiaj szczegółowo przebiegów transkrypcji czy translacji, wiem tylko że nigdy więcej (poza egzaminem z biologii) mi się te rzeczy nie przydały.
1 pomoc: coś na prawdę ważnego, wydawałoby się. Rzeczywistość okazała się surowa. Zajęcia były prowadzone w formie seminariów, na których pani dr puszczała prezentację i opowiadała o czymś, wszyscy spali / uczyli się czegoś innego. Na ćwiczeniach kilka razy przeprowadzaliśmy resuscytację na fantomie co było podstawą do zaliczenia ćwiczeń (pomijajać kolokwium końcowe z przedmiotu). To była jedna wielka ściema, prowadzący odstawili pańszczyznę, studenci odstawili fuszerkę i każdy poszedł w swoją stronę. Test na koniec ? hmm, nie uczyłem się i go zdałem, to może świadczyć o poziomie jego trudności, ewentualnie mojej zajebistości. Na koniec dodam, że przedmiot ten był jak cień, kurde... szkoda.
Embriologia: przedmiot prowadzony w formie seminariów (prezentacja - slajdy + gadanie asystenta i odpytka / kartkówka na zal. każdych zajęć) przez asystentów z pojebanej katedry histologii, embriologii i cytofizjologii. Książkę, z której mieliśmy się uczyć napisał nijaki prof. Bartel, którego zrycie poznać można było już czytając wstęp tej książki, w którym to wstępie dedykował ją swoim wnukom życząc im powodzenia zarówno w życiu postnatalnym jak i prenatalnym ;] Przedmiot był do dupy, uczenie się o kieszonkach skrzelowych i o tym co się z nich wykształca itp. rzeczach to była jakaś porażka. Zapomniałem o czymś wspomnieć ? aha.. racja, zapomniałem wspomnieć, że przydatność tego przedmiotu na przyszłość oceniam na 5%. Odrobinę (by) się przydało na genetyce klinicznej, ale po dwóch latach już nic nie pamiętaliśmy z tego :)
Histologia: zaczęła się w 2 sem. 1 roku, co tydzień do wkucia jak wiersz rozdział z Zabla (pzdr dla tych co musieli wkuwać Sawickiego) i na ćwiczeniach wykonywanie jakże skomplikowanych procedur czyli oglądania szkiełek pod mikroskopem i...uwaga... rysowania kredkami w białym zeszycie tego, co pod tym mikroskopem widzieliśmy. Nic dziwnego, że u każdego rysunki często mocno się różniły. Pytanie tylko po co to komu było ? Najstarsi górale nie wiedzą po dziś dzień. Egzamin był dopiero po 1 sem. 2 roku. W formie testu wielokrontego wyboru czyli pasuje od 1 do 5 odpowiedzi - fucking impossible to pass. Po prostu trzeb było kuć na pamięć testy z zeszłych lat i na ślepo odpowiadać, bo nie dało się do tego przygotować, no chyba że znałby Sawickiego na pamięć, powodzenia :D Przydatność przedmiotu: jeśli chodzi o teorię, to trochę się przydaje znajomość histologii - na fizjologii, patofizjologii, patomorfologii... niech im będzie. Szkoda tylko, że jak już się to zaczęło coś przydawać, to się okazuje że sporo się zapomniało. Skleroza nie boli, trzeba robić powtórki.
Angielski - słówka, słówka, słówka - nuda. Nie komentuję. Podobnie jak socjologia, psychologia, fakultety - niepotrzebne wrzody zajmujące czas, bezowocne przedmioty z punktu widzenia czasu jak i wtedy kiedy się odbywały z nich zajęcia.
Łacina - męczarnia, ale mam taki fetysz że podoba mi się jej brzmienie jak i słówka, więc nie będę jechał. Trochę się przydaje, szczególnie w rozpoznaniach. Poza tym - ciekawostka.
Praktyki po 1 roku: pielęgniarskie, fajna sprawa, pod warunkiem, że robi się je w miejscu gdzie można dużo kłuć i robić zastrzyki, a nie tylko podcierać dupy pacjentom.
II rok napiszę jak mi palce od klawiatury odpoczną... ;] wtorek, 14 czerwca 2011, akardo007
|
Egzamin z histologii jest już jednokrotnego wyboru, taka zmiana...
A poza tym - w tym roku prof. K. choruje i egzamin z anatomii jest... pisemny:) Nie zazdroszczę, aczkolwiek będzie bardziej sprawiedliwie. (Ja znałam odpowiedź na dwa pytania z czterech, dostałam 3+)
A moim zdaniem - na pierwszym roku zdecydowanie najciekawsza była histologia, chociaż egzamin nie wymagający jakiejś specjalnej wiedzy (uczyłam się jeden dzień, mam 4;))