|
|
środa, 22 czerwca 2011
Wakacje... :D
Patomorfologia zdana. To oznacza, że od dzisiaj mam wakacje :P Wszystko byłoby super, gdyby nie to że nie udało mi się ostatecznie załatwić praktyk tam gdzie chciałem :( Jebanemu dziekanatowi się nie chciało fatygować żeby mi wykupić ubezpieczenie i podpisać umowę ze szpitałem bo "to trzeba było dawno temu". To może kurwa trzeba było dawno temu powiedzieć, że szpital KLINICZNY, w którym chcę robić praktyki nie ma podpisanej umowy z uczelnią ;] ?
No cóż, wylądowałem na oddziale gdzie się często bada PR... oby było dużo pacjentów, bo jeszcze mnie rezydenci będą chcieli przebadać.
niedziela, 19 czerwca 2011
Prorok
Jakoś mi się ostatnio nasuwają podobne tematycznie tytuły notek, ale to tylko pozór. Póki co odstawiam gdzieś w nieokreśloną przyszłość temat apo..., dzisiaj będzie świeża historyjka, która mi się ostatnio przydarzyła i jest małą lekcją, więc pomyślałem że się z wami podzielę, a nóż się komuś to w życiu przyda... żeby nie popełnił podobnej gafy :P
W zeszły czwartek dopełniałem formalności odnośnie praktyk na internie w WSK 4. Szkoda gadać ile musiałem się nabiegać w tą i z powrotem między dziekanatem a administracją tego szpitala, no ale...może się opłaci. Dostałem już wszystkie zgody, podpisy, potrzebne pieczątki i byłem happy. Szedłem przez jakiś oddział kierując się do wyjścia i nagle doznałem olśnienia. Przecież tam jest klynika ortopedii i traumatologii :> Długo się nie zastanawiając uderzyłem w kierunku gabinetów lekarskich co by porozmawiać z ordynatorem, czy mógłbym przyjść się u nich czegoś nauczyć. Chwilę sobie poczekałem, normalka. Na szczęście małego Szczeklika miałem w kieszeni to się nie zanudziłem. Po xxx minutach udało mi się wejść do gabinetu. Wyjaśniłem dochtorowi w jakiej sprawie tu jestem. Był miły i w ogóle, powiedział że chętnie się ze mną podzielą swoim doświadczeniem i są otwarci mnie nauczyć ile się będzie dało, ale że to szpital wojskowy, formalności muszą być załatwione, eh... No nic, napisałem podanie i wróciłem do niego po zgodę. Walnął ładnie pieczątkę i się podpisał. Chciałem już wychodzić, ale mnie zatrzymał. Rozmowa jego (ordynator - O) ze mną (JA) wyglądała tak:
O: a jak tam egzaminy ? co tam macie teraz ?
JA: ekhm...no dobrze, miałem już internę, mikrobiologię, która okazała się chyba najcięższa w tym roku..., patofizjologię i patomorfologia jeszcze została
O: a jak patofizjologia ?
JA: trudna była, 90 minut, 90 pytań...
O: oO, no to trudną wam dali, i jak ci poszło ?
JA: dobrze ;)
O: tzn. ? zaliczyłeś ?
JA : yyy...tak, tak (myślę sobie: kurwa ! co on tak drąży temat ? walnąłem ścięmę, tak się podemocjonowałem...wyniki miały być dopiero na następny dzień...)
O: czyli były już wyniki ?
JA: były dzisiaj (gorąco mi się zrobiło)
O: taaaaak ? a u mnie był dzisiaj taki jeden student i mówił, że jutro macie wyniki ;]
JA: yyyyy... znaczy się... bo miały być jutro, ale już dzisiaj dali :> (ja pierdolę, no to pięknie gość chyba z FBI jest... wymiękłem, no ale...)
O: a, no to dobrze :) w sumie racja, oni czasem dają sobie zakładkę jednodniową na wszelki wypadek. Dobrze że zdałeś
JA: mhm...do widzenia
O: do widzenia ;)
Dzień później poszedłem sprawdzić wyniki, na szczęście zdałem. Bałem się, że jeśli nie zdam to jeszcze szef będzie gotów się tego dowiedzieć, użyje swoich mocy i mi się oberwie za szachrajstwo....
Niech to będzie lekcja dla mnie i dla was na przyszłość. Morał do przemyślenia.
A odnośnie potrzeby skłamania w ekstremalnej sytuacji...przyrównałbym to do tekstu z serialu Pitbull (http://www.filmweb.pl/serial/PitBull-2005-282083)
Gebels do syna: synku... słyszałeś jak tak tata powiedział że ma to w dupie ?
S: tak
G: to nie mów tak nigdy, chyba że...
S: chyba że co ?
G: no chyba że masz coś w dupie ;)
Tyle na dzisiaj, idę udawać że się patomorfy uczę.
czwartek, 16 czerwca 2011
Apo.... c.d.
II rok,
Miałem już jakieś doświadczenie, niewielkie bo niewielkie, ale jednak. Wiedziałem chociaż gdzie się znajdują kible wydziałowe na kampusie akademickim, a i tak nie na tyle, żebym był w stanie pokierować kogoś do tego, gdzie na pewno znajdzie papier toaletowy.
Rozglądając się za materiałami, których jeszcze nie miałem, przechadzałem się między studentami oferującymi swoje podręczniki i przyglądałem się tym biednym pierwszakom, którzy kupowali używane skserowane skrypty do anatomii po cenach wyższych niż można kupić nowe... heh, nie ma to jak trafić na skurwiela bez sumienia, który zrobi wszystko żeby tylko zarobić ;]
Kilka dni później okazało się, że asystenci katedry biochemii wymyślili sobie, że obowiązuje nas nowy skrypt z instrukcjami do ćwiczeń, bo ten z zeszłego roku już jest za stary (mimo, że różnił się kolorem okładki), więc mieliśmy się udać do "uczelnianego działu wydawnictw" i nabyć tą nowość. Jak się okazało nowość kosztowała 20 zł... za 80 stronowe badziewie formatu A5, w miękkiej okładce, bez kolorowych rysunków ? nie ma to jak zedrzeć z biednego studenta ;]
I zaczęło się. Mało zajęć, bo na wykłady nauczony już byłem żeby nie chodzić. Przedmioty do dupy nie licząc fizjologii, która była całkiem ciekawa. Kolejny raz, choć wiedziałem że już ostatni, przyszło mi mieć zajęcia w katedrze histologii, embriologii (i, bo o tym zapomniałem) i cytofizjologii. Histologia nowością nie była, na dodatek wiedziałem, że ćwiczenia będą trwały tylko do grudnia, po nich będzie egzamin praktyczny i przerwa 1,5-miesięczna do sesji, kiedy to przyjdzie zetrzeć się z egzaminem teoretycznym. Jak się później okazało egzamin był komiczny... bo jak inaczej nazwać 100-pytaniowy test wielkrotnego wyboru ? Na takie coś nie dało się nauczyć, wiedziałem o tym od początku więc nie próbowałem ;] giełdy z zeszłych lat poszły w ruch i udało się zaliczyć za pierwszym podejściem, uf.
Cytofizjologia przytoczyła mi wspomnienia z embriologii, zajęcia były prowadzone w ten sam sposób, z tym że nie dałem sobie możliwości na niezaliczenie któregokolwiek, bo potknięcie na embriologii nauczyło mnie, że trzeba się pilnować i dbać o swoje zdrowie psychiczne. 13 seminariów z cytosyfu to i tak aż nadto. Trudno opisać ile stresu najadłem się na tych zajęciach, kiedy to w trakcie prezentacji uczyłem się na szybko bieżącego tematu wertując książkę, którą trzymałem na kolanach, bo wiedziałem że za chwilę zostanę o coś zapytany, a ćwiczenie trzeba było zaliczyć. Moja taktyka się opłaciła, obyło się bez wielkiego bubu jakim miał być test zaliczeniowy z całego semestru.
Fizjologia powinna być najważniejszym przedmiotem na II roku i każdy się z tym zgadza. Niestety, na powinności się skończyło. Ćwiczenia trwały jakieś 3 godziny zegarowe, podzielone były na część praktyczną, czyli np. oglądanie w TV filmu z kasety video, który przedstawiał jak studenci zeszłych lat robili doświadczenia na żabach czy nawet królikach, albo siedzenie przed komputerami i wykonywanie doświadczeń w programie komputerowym "physiology coś tam, coś tam" polegających na klikaniu myszką na narysowane przyciski typu "pobierz krew szczurowi", "wstrzyknij krew do wirówki" , "zmiksuj krew z częstotliwością obrotów miksera 2000/minutę" "zapisz w tabelce coś tam" itd. Jedyne co rzeczywiście robiliśmy to było pobieranie sobie krwi i oznaczanie jej grupy poprzez nakraplanie na szkiełka z przeciwciałami i obserwowanie czy zachodzi aglutynacja, raz też sprawdzaliśmy odruchy ścięgniste młotkami neurologicznymi, i coś co było chyba najbardziej widowiskowe - oglądaliśmy sobie nawzajem dna oczu oftalmoskopami. Część teoretyczna wyglądała jak lekcje w szkole - siedzieliśmy w klasie i rozmawialiśmy z asystentem, co jakiś czas przygotowywaliśmy prezentację. Egzamin większość osób zdawała w przedterminie, w formie odpowiedzi ustnej, ja nie byłem w tej kwestii wyjątkiem. Poszło gładko i dobrze, a szkoda, bo mogło być bardzo dobrze, w końcu powiedziałem wszystko. Damn it, chyba mam jakiegoś pecha do tych ustnych.
Biofizyka była specyficzna, lubiłem bardzo fizykę, ale jak się okazało przedmiot miał niewiele wspólnego z liczeniem zadań. Jedynie optyka się pokrywała z tym co było w zakresie matury. Uczyliśmy się wielu nieprzydatnych rzeczy typu mechanizm działania MRI, TK, laserów i innych machin. Było to całkiem ciekawe, choć niełatwe. Egzamin okazał się dość ciężki, wiele osób (głównie płci pięknej) wychodziło z niego niepowstrzymując łez, ale jak się okazało uwaliło "tylko" 40 osób.
Higiena i epidemiologia były przedmiotem bardzo męczącym, siedzenie na seminariach prowadzonych przez psychicznie chore asystentki, które opowiadały m.in. o zanieczyszczeniach powietrza i wody było na prawdę bolące. Jak szkło w dupie. Na egzaminie pani prof. zajadała się winogronami w trakcie odpytki studentów, a robiła to w taki sposób jak mała dziewczynka, która chce się pochwalić przed koleżankami (w tym wypadku - nami) że coś ma, a one tego nie mają. Ch... ci w d... pomyślałem, i tak nie byłem głodny.
Angielski - c.d., to samo, egzamin ustny, bardzo sympatyczny, 3 godzinki nauki i ocena 4,5. Nie narzekałem ;]
O biochemii wspomniałem na początku. Był to przedmiot największy i trzeba było z niego najwięcej umieć. Asystenci dużo wymagali, kolokwia były trudne, ale egzamin był jak to się mówi hardkorowy. Już w październiku przepowiedziałem sobie przyszłość, że nie będę się tego uczył w sesji i będę miał wrzesień. Jak postanowiłem, tak zrobiłem ;] 3 tygodnie sierpnia po 3 godzinny dziennie pozwoliły zdać poprawkę na 3,5. Kurwa, to był na prawdę ciężki egzamin. Żeby go napisać na 5, trzeba było znać 3/4 Harpera na pamięć cóż, ja się nauczyłem trochę ponad połowę i mi starczyło. Nie rozumiem tylko, dlaczego biochemia była tak przejebanie ciężka i tak szczegółowo trzeba było ją umieć, skoro jej przydatność jest znikoma, ale co ja będę mówił, co ja mogę, szary człowiek ze mnie ;]
Praktyki wakacyjne odbyłem w przychodni, w całe 5 dni. Na szczęście pani dr nie kazała mi robić za murzyna, i nie zrealizowałem programu praktyk, który przewidywał m.in. nauczenie się pisania jakiś papierów.
wtorek, 14 czerwca 2011
Apokalipsa
Tytuł wcale nie jest na żarty, i nie jest też o końcu świata, przynajmniej nie kuli ziemskiej. Ci o słabych nerwach, posiadający wielkie marzenia, nadzieje i inne bzdety - zachęcam do opuszczenia lektury bo będzie ostro, z goryczą i tryskającą we wszystkie strony żółcią. Innych zapraszam do czytania jednocześnie zachęcając do ostrzenia zębów przy okazji. Tyle tego jest, że bardziej wyjdzie mi książka niż notka, ale co tam, spróbuje w miarę możliwości wycisnąć z tego esencję. Rozważam napisanie notki w dziale "inne", ale może jeszcze się opanuje i wykrzesam z siebie trochę litości żeby pozwolić ludziom żyć w świecie złudzeń i oszukiwania się. We'll see...
Jestem pod wpływem złych emocji i zmęczenia więc postaram się odpowiednio pokolorować sprawę, i nie znajdę miejsca na pobłażanie. Nie zamierzam zniechęcać kogoś do medycyny, jak twardo trzymasz się swoich poglądów to i tak pójdziesz na te parszywe studia, ja po prostu zamierzam ujawnić prawdziwy obraz tych studiów komuś, kto tak na prawdę może się tylko domyślać jak na nich jest.
I rok studiów,
Nie mogłem się doczekać tego momentu, i zaczęło się. Pierwsze wykłady - biologia, chemia - nudne jak flaki z olejem, na obu zasnąłem - szybko odpuściłem. Na anatomii trochę ciekawiej, ale po pewnym czasie pani prof., która raczyła nas swoimi opowiastkami w międzyczasie prowadzenia wykładu, zaczęła się powtarzać i też zrobiło się mdło.
Ćwiczenia: na chemii w pierwszym semestrze uczyliśmy się przede wszystkim wzorów, wszystkie aminokwasy to podstawa, później zaczęły się cukry i ich pochodne, podobnie z lipidami. Na pamięć wzory związków typu: kardiolipina czy inne fosfolipidy, albo plazmalogeny - chleb powszedni. Od nasrania, w pare dni do opanowania - matura przy tym to jakaś igraszka. Drugi semestr chemii: hehe... uczyć się nie trzeba było, miałem na godz. 11:15, wstawałem o 9:00 i w 1,5 godz. przygotowywałem się do ćwiczeń czytając instrukcje. Przewijały się elektroforezy, chromatografie itp. - prosta sprawa. Jeśli chodzi o laboratoria z chemii to można powiedzieć, że były zbędne. Dzisiaj nawet nie pamiętam co na nich robiliśmy. Kojarzę tylko, że jakieś doświadczenia, które się nigdy potem nie przydały. No i jeszcze sytuacja, w której nie doczytałem instrukcji i koledze dolałem do probówki 1 ml HNO3 zamiast 1 kropli hyh... probówka mu się w rękach zagotowała, ale na szczęście nie pękła. Egzamin w 95% składał się z pisania wzorów, oprócz tego kilka równań reakcji i jakiś wzór do interpretacji. Przydatność przedmiotu z punktu widzenia czasu: zerowa ;]
Anatomia: kolos, największy przedmiot na 1 roku i chyba w ciągu 3 lat też, jeśli chodzi o ilość stron książki do opanowania, prostszy w tej kwestii, że to co się czyta, ogląda się w atlasie i dość łatwo się ten materiał przyswaja, no ale, przejdę do opisu ćwiczeń. Odbywały się one w w wielkim prosektorium, siedzieliśmy na małych drewniano-metalowych "stołkach" przy kamiennych stołach. Po 12 studentów i 1 prowadzący przy stole. W prosektorium było tych stołów bodajże 4. Zaczęło się od działu osteologia i arthrologia, czyli kości, więzadła i połączenia kości (stawy). Asystentka przyniosła kilka pudeł, w których było... nie, nie pełno, lecz kilka kości ;] Jedna kość na wszystkich studentów przy stole, nie ma co - świetne warunki dydaktyczne. Może się czepiam, ok, pal licho tą kość udową czy łokciową, w końcu to proste, ale przy ostatnich ćwiczeniach - z czaszki... było już na prawdę "śmiesznie". Słowa prowadzącej: "no niestety, ale nie zachowała się nam tutaj żadna pełna kość klinowa, musicie sobie wyobrazić te wyrostmi skrzydłowate" . I takie tam inne artefakty ;] Na następnych działach były już tzw. preparaty mokre - czyli mięsko. Jakość: 2/10 Wiek preparatów: 20-60 lat. Żenada totalna, ciężko było znaleźć jakiekolkwiek mniejsze struktury, pomijając fakt, że czasem myliło się znacznie większe rzeczy. Przebiegu ćwiczeń nie będę omawiał, bo wiadomo jaka jest specyfika przedmiotu. Powiem tylko że oceny z kolokwiów jakie osiągałem wahały się między 4 (db) a 5 (bdb), starałem się, miało to zaprocentować oceną z egzaminu końcowego. Egzamin praktyczny: 5 stanowisk, po 6 struktur do nazwania przy każdym, warunkek zaliczenia: minimum 4/6 z każdego stanowiska. Moja ocena: 5 (bdb) - 30/30. Nieźle - pomyślałem, że na egzaminie teoretycznym - a z niego właśnie leciała ocena do indeksu - to też mi zaprocentuje, dodatkowo chodziłem na wykłady, podobno konieczne do zaliczenia egzaminu. Na egzaminie teoretycznym: wszedłem ja, i cztery koleżanki. Odpowiadałem ostatni, koleżankom trochę nie szło, więc pani prof. się mocno podenerwowała. Tylko jedno pytanie z czterech mi nie do końca podeszło, ale poradziłem sobie z nim całkiem nieźle, zapomniałem jednej rzeczy, ale się wybroniłem, kolejne pytania poszły jak z bicza strzelił. Ocena końcowa (pomyślałem, że skoro odpowiedziałem prawie na 5, to oceny z kolokwiów i z praktycznego pomogą dobić do tej 5...) hehe... pani prof. do mnie: dostateczny. Mam coś dodać więcej :) ? ach ta sprawiedliwość na świecie. Przydatność przedmiotu: przydaje się, szczególnie anatomia topograficzna, szkoda tylko, że przez uczenie się każdego szczegółu, człowiek zaczyna tracić zarys całokształtu i się gubi w praktyce. Pomijam już fakt, że piękne rysunki w atlasach nijak mają się do "czerwonej" (krew, krew, krew - blok operacyjny) rzeczywistości, i nawet jak się dobrze zna teorię, to po zobaczeniu zabiegu operacyjnego za pierwszym razem powoduje opad żuchwy i stwierdzenie, że (prawie) nic się nie wie.
Biologia trwała 1 semestr, ćwiczenia sprowadzały się do nauki genetyki: klasycznej i molekularnej (ze wszystkimi szczegółami, w końcu to takie "przydatne"), parazytologii (cykle rozwojowe pasożytów - mniam), i chorób genetycznych, będących przecież dzisiaj najważniejszymi przyczynami śmierci w cywilizacji ;] Nie pamiętam dzisiaj szczegółowo przebiegów transkrypcji czy translacji, wiem tylko że nigdy więcej (poza egzaminem z biologii) mi się te rzeczy nie przydały.
1 pomoc: coś na prawdę ważnego, wydawałoby się. Rzeczywistość okazała się surowa. Zajęcia były prowadzone w formie seminariów, na których pani dr puszczała prezentację i opowiadała o czymś, wszyscy spali / uczyli się czegoś innego. Na ćwiczeniach kilka razy przeprowadzaliśmy resuscytację na fantomie co było podstawą do zaliczenia ćwiczeń (pomijajać kolokwium końcowe z przedmiotu). To była jedna wielka ściema, prowadzący odstawili pańszczyznę, studenci odstawili fuszerkę i każdy poszedł w swoją stronę. Test na koniec ? hmm, nie uczyłem się i go zdałem, to może świadczyć o poziomie jego trudności, ewentualnie mojej zajebistości. Na koniec dodam, że przedmiot ten był jak cień, kurde... szkoda.
Embriologia: przedmiot prowadzony w formie seminariów (prezentacja - slajdy + gadanie asystenta i odpytka / kartkówka na zal. każdych zajęć) przez asystentów z pojebanej katedry histologii, embriologii i cytofizjologii. Książkę, z której mieliśmy się uczyć napisał nijaki prof. Bartel, którego zrycie poznać można było już czytając wstęp tej książki, w którym to wstępie dedykował ją swoim wnukom życząc im powodzenia zarówno w życiu postnatalnym jak i prenatalnym ;] Przedmiot był do dupy, uczenie się o kieszonkach skrzelowych i o tym co się z nich wykształca itp. rzeczach to była jakaś porażka. Zapomniałem o czymś wspomnieć ? aha.. racja, zapomniałem wspomnieć, że przydatność tego przedmiotu na przyszłość oceniam na 5%. Odrobinę (by) się przydało na genetyce klinicznej, ale po dwóch latach już nic nie pamiętaliśmy z tego :)
Histologia: zaczęła się w 2 sem. 1 roku, co tydzień do wkucia jak wiersz rozdział z Zabla (pzdr dla tych co musieli wkuwać Sawickiego) i na ćwiczeniach wykonywanie jakże skomplikowanych procedur czyli oglądania szkiełek pod mikroskopem i...uwaga... rysowania kredkami w białym zeszycie tego, co pod tym mikroskopem widzieliśmy. Nic dziwnego, że u każdego rysunki często mocno się różniły. Pytanie tylko po co to komu było ? Najstarsi górale nie wiedzą po dziś dzień. Egzamin był dopiero po 1 sem. 2 roku. W formie testu wielokrontego wyboru czyli pasuje od 1 do 5 odpowiedzi - fucking impossible to pass. Po prostu trzeb było kuć na pamięć testy z zeszłych lat i na ślepo odpowiadać, bo nie dało się do tego przygotować, no chyba że znałby Sawickiego na pamięć, powodzenia :D Przydatność przedmiotu: jeśli chodzi o teorię, to trochę się przydaje znajomość histologii - na fizjologii, patofizjologii, patomorfologii... niech im będzie. Szkoda tylko, że jak już się to zaczęło coś przydawać, to się okazuje że sporo się zapomniało. Skleroza nie boli, trzeba robić powtórki.
Angielski - słówka, słówka, słówka - nuda. Nie komentuję. Podobnie jak socjologia, psychologia, fakultety - niepotrzebne wrzody zajmujące czas, bezowocne przedmioty z punktu widzenia czasu jak i wtedy kiedy się odbywały z nich zajęcia.
Łacina - męczarnia, ale mam taki fetysz że podoba mi się jej brzmienie jak i słówka, więc nie będę jechał. Trochę się przydaje, szczególnie w rozpoznaniach. Poza tym - ciekawostka.
Praktyki po 1 roku: pielęgniarskie, fajna sprawa, pod warunkiem, że robi się je w miejscu gdzie można dużo kłuć i robić zastrzyki, a nie tylko podcierać dupy pacjentom.
II rok
napiszę jak mi palce od klawiatury odpoczną... ;]
piątek, 03 czerwca 2011
Struma toxica
W czwartek miałem kolokwium z patofizjologii, a że nie maltretują nas wtedy więcej to po napisaniu można opuścić salę. Było przed godz. 10:00, więc wpadłem na pomysł, że się wybiorę na blok kliniki chirurgii, co mi tam, w końcu dawno nie stałem do zabiegu. Ubrałem się już na zielono i poszedłem rozejrzeć się po salach operacyjnych, jak zwykle: sala 1, sala 2 i sala a. Tak się złożyło, że akurat wszystkie pierwsze zabiegi dobiegły końca i miałem możliwość wybrania sobie gdzie pójdę asystować, tym bardziej że na rozpisce do "strumy" (struma nodosa - wole guzowate, bardzo często wykonywane zabieg w chirurgii endokrynologicznej, struma toxica - wole w przebiegu choroby Gravesa i Basedowa) oprócz dwóch doktorów był dopisany student, padło na mnie. Pacjentka coś koło 40-stki, po 4-krotnej radioterapii jodem z kolejnym nawrotem woli. Operatorem był szef kółka, specyficzny gość, lubi podburzać atmosfere tekstami w stylu "to będzie na prawdę bardzo ciężki zabieg"... jak się okazało miał rację. Pierwszy artefakt w trakcie operacji - pacjentka w momencie cięcia (wykonuje się cięcie Kochera) zaczęła się szarpać, telepać itp... skolina jej jeszcze nie zwiotczyła, nvm. Chwilę potem, w trakcie wypreparowywania płatów tarczycy, krew sikała na boki, w górę i gdzie tylko się dało. Uniki robiłem żeby po oczach nie dostać, okulary ochronne to kupię chyba dopiero jak się zakażę WZW albo czymś jeszcze ciekawszym. Wracając do zabiegu... i jak się ta krew tak lała i lała, to pacjentce zaczęło ciśnienie spadać, najpierw anestezjolodzy się zmartwili ciśnieniem 60/30, ale szybko naprawili do 105/70. Kilka minut później hipotensja poszła na całość: 0/0 - brak ciśnienia. Pierwszy raz byłem przy zabiegu gdzie anestezjolodzy kazali chirurgom odejść od stołu (ekhm... no ja nie jestem chirurgiem, ale też odszedłem) bo muszą "coś porobić" przy pacjentce. Podali jej efedrynę i coś jeszcze, już nie dosłyszałem jak mówili między sobą, oprócz tego przestawili stół tak żeby ustawić ją w pozycji Trendelenburga (głowa niżej względem nóg), i to dość mocnego. Według szefowej anestetów właśnie ta ostatnia czynność najbardziej pomogła. Dalej operacja przebiegała podobnie, ciągłe podkucia i podwiązywanie naczyń, przy okazji napatoczyliśmy się na 2 potężne (szerokość około 1,5 cm!) żyły leżące powierzchownie w stostunku do płata piramidowego... jakoś się je podpreparowało i odsunęło Farabeffami (rodzaj haków), ale jedną trzeba było podwiązać. Wszystko działo się szybko, nawet ja, jako asysta trzymająca haki musiałem się sprężać, żeby operatorzy mieli dobrą widoczność w każdym momencie. Uff, operacja się skończyła po 2 godz. i 30 minutach. Miałem dość. Zmaltretowało mnie to fizycznie i psychicznie, widać że dawno nie asystowałem.
Na następny dzień wybrałem się ponownie do tamtejszej kliniki, pech chciał że przyszedłem w trakcie trwania zabiegów, a co gorsza już były wybrane osoby z 4 roku do asysty przy kolejnych zabiegach. Trudno, postanowiłem sobie co nieco popatrzeć. Robione były: cholecystectomia (wstępnie laparoskopowo, ale były powikłania i zrobili laparotomię), przepuklina pachwinowa i plastyka przełyku (w okolicy przywpustowej) na ostatniej sali. Pochodziłem, popatrzyłem i zdecydowałem - no way. Chirurgiem ogólnym to ja raczej nie będę. Nie chcę niesprawiedliwie oceniać, ani nikomu odradzać, ale ludzie... przecież to jest (moja opinia powstała na przestrzeni 2 lat chodzenia na blok chirurgii ogólnej, więc nie jest losowa). Widok otwartego brzucha nie wywołuje u mnie żadnych emocji. Wpatrywanie się w jelita, żołądek jest nużące. Tarczyca - jak cię mogę, ale brzuch (a tym się najczęściej zajmują chir. ogólni) - odpada. Oby na ortopedii i traumatologii narządu ruchu (z naciskiem na to drugie), było lepiej.
środa, 25 maja 2011
pedzi (pediatrii)... mówimy: NIE
Jakoś tak wyleciało mi z głowy, że jeszcze jeden przedmiot miałem w tym roku - tytuł notki. Może dlatego zapomniałem, bo było tak "ciężko" :P ? No ale... ćwiczenia moja 6-stka miała w klinice hematologii dziecięcej, bardzo miła asystentka nam się trafiła, najbardziej lubiłem w niej chyba to, że obecności nie sprawdzała, dlatego chodziłem na ćwiczenia co 2-gi tydzień ;] Pediatrą nie będę, to (na 95%) pewne. Nie mówię, że dzieci są niefajne, bo często są, nawet te niegrzeczne, rozpuszczone bach... no dobra, nie dokończę, ale to nie ich wina (pozdrowienia dla ich rodziców). Na pediatrii (w tamtejszej klinice) leczy się nowotwory wszelkiej maści, klinika jest high-end i w ogóle, ale mnie to po prostu nie kręci, podobnie jak leczenie biegunek u niemowląt, czy chorób zakaźnych wieku dziecięcego... Nie ukrywam, że chcę być zabiegowcem, ale że notka o dzieciach to będzie o chirurgii dziecięcej. Na początku myślałem o ortopedii i traumatologii, później nachodziłem się na zabiegi z chiry ogólnej i mi się w miarę spodobało, a na dzień dzisiejszy jestem otwarty też na inne gałęzie chirurgii, tak więc postanowiłem wybrać się do kliniki chirurgii dziecięcej i zapytać szefa czy mógłbym wejść na blok operacyjny co by zobaczyć jakiś zabieg. Moje napalenie na tą działke było tym większe, że sprawdziłem wcześniej program specjalizacji i zorientowałem się, że "kur... oni tam robią praktycznie wszystko !" Ku mojemu zaskoczeniu prof. bez problemów wyraził zgodę mówiąc, że "blok zawsze jest otwarty dla studentów". ucieszyłem się bardzo, nie pomyślałem, że będzie w tym jakiś haczyk, a jak się później okazało - była kotwica ;]
Eh...nawiniak ze mnie. Co ja sobie w ogóle myślałem, że przeszczep mózgu mi pozwolą zrobić :P ? Po wejściu na blok szybko zorientowałem się, że wszystko co będę mógł robić to obserwować ;] Małe dziecko, dwóch dużych chirurgów - jeden po jednej, drugi po drugiej stronie stołu i miejca nie ma. No cUSZ, life is brutal ;] Zabieg ? Poszerzenie cewki moczowej. Jak zobaczyłem, że chłopaczkowi robią skalpelem tulipana z żołędzi prącia to aż mnie zabolało. Poszedłem na drugą salę gdzie z kolei innemu chłopakowi robili cystoskopie, obraz na monitorze był całkiem ciekawy, ale jeszcze ciekawszy był przyrząd którym mu to badanie robili. Coś ala z filmu matrix. Później była jeszcze 2-miesięczna dziewczynka do laparoskopii, szefu władał narzędziami jak mnich z rodu kung-fu szaolin, fajnie to wyglądało :) okazało się, że mała ma niedrożne jelito z powodu wrodzonej wady (częściowe zarośnięcie światła) i trzeba było zrobić laparotomie. Zabieg poszedł sprawnie i bez powikłań, a blizna będzie minimalna. Rozpisałem się, aż można pomyśleć, że to fajne. Niestety, uwagę trzeba zwrócić na pierwszy z wspomnianych zabiegów (dot. wady cewki), dlaczego ? ano dlatego, że może i się robi na chirze dziecięcej prawie wszystko, ale w praktyce robi się to co jest, a najczęstsze wady wrodzone u dzieci dotyczą właśnie narządów moczowo-płciowych, a tym to ja się zajmował nie będę. Chira dziecięca - zdyskwalifikowana. Next please ;]
pozytywnie, negatywnie
Emocje już opadły, ale muszę wspomnieć na początku że zdałem mikroby na "dobry" i mogę już kupić papier toaletowy, na którego każdym kwadraciku widniała będzie nazwa tego przedmiotu :)
Poza tym wpadłem na ryzykowny (?) pomysł zapisania się na egzamin z interny na styk z egzaminem z patofizjologii, okaże się czy to było dobre posunięcie (he he... tylko nie łapcie mnie za słowa :P).
Dzisiaj na internie sympatycznie, pobadaliśmy sobie kilku ciekawych pacjentów - jeden młody, niezdiagnozowany jeszcze z napadami duszności, praktycznie wszystko miał fizjologiczne co koleżanka skwitowała mówiąc do mnie: nic nie słychać (po osłuchaniu serca) - oczy pacjenta momentalnie napełniły się przerażeniem, więc go szybko uspokoiłem, że nie słychać żadnych patologicznych zmian ;] Był jeszcze pan z hektolitrem płynu w jamie opłucnej po jednej stronie (pytanie dla studentów: w jakich przypadkach płyn może pojawić się po jednej stronie :D ?) i drugi starszy człowiek - ze sztuczną zastawką mitralną, która miała ponoć cykać jak zegarek...umówmy się że tak było.
Tyle z rzeczy sympatycznych. Niemiłych jest wiele, ale czy warto o nich wspominać ? Ostatnio tłumaczę to sobie tekstem z bajki "...." (kto poda tytuł, dostanie lizaka): "Słuchaj, złe rzeczy się zdarzają i nic się na to nie poradzi, jasne ?"
piątek, 20 maja 2011
48h bez snu (ja) vs egzamin z mikrobów
Zapisałem się na przedtermin egzaminu z mikrobiologii. Pewne wydarzenia sprawiły, że zmieniłem zdanie i chciałem się przepisać na przyszły tydzień. Po nieprzespanej nocy (przyczyny nie zdradzę, powiem tylko że przyjemnie było) wybrałem się do katedry wielbiącej drobnoustroje celem załatwienia powyższego... miła pani portierka władająca listami osób na egzamin oznajmiła mi, że już za późno i żebym sobie zerknął do gabloty, bo tam są już gotowe i zatwierdzone przez prof. listy zdających. Ups... no ok, pomyślałem, życie mnie jak zwykle nie rozpieszcza. Mimo bycia padniętym wziąłem się za naukę, pół dnia i cała noc zakuwania. Rano czekały mnie jeszcze ćw. z patofizjologii, było na nich ciekawie, ale chyba głównie dlatego, że miałem już halucynacje ze zmęczenia. O godz. 11 siedziałem już (przy stoliku pilnujących...sic! - bo miejsc na sali nie było, tak rzadko porozsadzali wszystkich) czekając na pytania. Kurwa ! średnie (pomyślałem): metody wrażliwości na antybiotyki czytałem miesiąc temu, ziarenkowce Gram(-) zignorowałem twierdząc, że nie ma w nich nic ciekawego, grzyby mi do gustu nigdy nie przypadały, a zakażenia oportunistyczny w AIDS były zabawnie proste, więc tylko rzuciłem na nie okiem. Pech los chciał, że takie właśnie trafiłem pytania, moje nadzieje na popisanie się wiedzą z gruźlicy, znajomością grup antybiotyków, czy opis paciorkowców, gronkowców, pałeczek Gram(-), czy eleganckiej Chlamydii, poszły się jebać. No ale napisałem, powalczyłem i w ogóle. Wyniki za kilka dni, zobaczymy czy zapamiętam mikrobiologię jako gówniany przedmiot czy przy okazji jako znienawidzoną katedrę i będę życzył żeby sraczka dopadła panią prof. ;]
wtorek, 17 maja 2011
Misz-masz
Ciężko mi się zebrać do pisania przy tym codziennym wirze obowiązków, life is brutal, no ale...
Dzisiaj będzie o sprawach różnych, trochę humorystycznie, dzieci proszone są o opuszczenie bloga ;] Rozmawiałem tak ostatnio ze znajomą i mi się poprzypominały różne historie dotyczące pacjentów, czy to zobaczone na własne oczy na dyżurze czy zasłyszane na bloku operacyjnym od chirurgów, przecież w trakcie zabiegu doktory muszą o czymś gadać żeby ciekawiej było, a i student się wtajemniczy co nieco. Poza tym, doktor też musi mieć coś od życia, np. trochę rozrywki.
Zdarzenie: siedzę sobie w dyżurce z chirurgiem, rozmawiamy, nagle telefon, dzwoni pielęgniarka z izby przyjęć, że się zgłosił pan po 50-tce, razem z żoną, oboje mają wstydliwe miny i nie chcą rozmawiać, ani nawet usiąść w poczekalni. Schodzimy więc na dół, żona pacjenta postanowiła zaczekać na zewnątrz. W gabinecie pan się przyznał, że usiąść nie chciał bo go uwiera. Po chwili wyjaśnienia okazało się, że mieli rocznicę ślubu i postanowili zjeść kolację przy świecach, a że wina troche wlali żeby się lepiej trawiło to i na ciekawy pomysł wpadli... pomysł pt. "zróbmy sobie dobrze świecami" , panu niestety się świeca złamała kiedy ją sobie wsadził w dupę. Niestety utkwiła na dobre w odbytnicy. Jak sobie przypomne jak trudno było mi i dochtorowi zachować powagę w tej sytuacji, i że nam się to udało, to sam jestem pełen podziwu ;]
Kiedy byłem na I roku studiów, chodziłem na koło medycyny sądowej, starszy kolega mnie w to wplątał. Jeden przypadek denata był po prostu hitem roku. Młody mężczyzna wpadł na pomysł, że pobawi się w McGayvera i w ten sposób doprowadzi się do rozkoszy. Do tego celu zmontował obwód elektryczny poprzez wsadzenie jednego końca druta w gniazdko elektryczne, drugi koniec rozdzielil na 2 części... jedną sobie wsunął w odbyt, drugą w cewkę moczową. Prąd popłynął, ale gość chyba nie był dobry z fizyki bo nie wpadł na to, że go popieści zbyt mocno. Zmarł na miejscu. Widok policjantów kiedy go znaleźli nagiego z drutami w otworach - podobno bezcenny.
A na koniec smutna historia bo dzisiaj mam zły dzień więc nie wypada mi skakać z radości. Moje ręce w tej sytuacji na szczęście nie zostały splamione krwią, ale to czego się dowiedziałem woła o pomstę do nieba. Byłem na dyżurze w pogotowiu, krzątałem się po bazie z książką w rękach, było nudno. W ten dzień byłem na "P" , więc karetka z ratownikami, do mniej poważnych wezwań. Zadzwonił telefon, ktoś wezwał pogotowie do bólu w klatce. Dyspozytorka wyznaczyła zespół "R" (z lekarzem) do wyjazdu. Adrenalinka się podniosła, spakowali się chłopaki (i młoda pani dr... pediatra) i pojechali. Wracają prawie za półtorej godziny. FAIL. Pacjent zmarł. Wypytuje ratownika: why ? Okazało się, że wezwanie było od młodej kobiety, z dwójką małych dzieci, jej mąż zasłabł, miał ból klatki piersiowej, nie wiedziała jak mu pomóc. Ekipa ratownicza przybyła, zrobili mu EKG, wyszła asystolia (linia izoelektryczna). Młoda pani dr - przerażona, skuliła się jeszcze bardziej kiedy nakrzyczał na nią jeden z ratowników (turboratownik - zorientowani wiedzą co to za rasa ;] ). Powiedział jej, że żadnych leków tutaj podać nie trzeba, trzeba...DEFIBRYLOWAĆ ! No i pieścili gościa tak długo aż zszedł. Wygląda na to, że nie ponieśli konsekwencji.
niedziela, 15 maja 2011
sprawy tech.
Adres blogu pozostanie taki sam, ale nie mogę się zdecydować na jego otoczkę wizualną, więc nie zdziwcie się, że aktualny wygląd może się zmienić. Jeśli ktoś sądzi, że ma idealną wizję na temat wyglądu bloga, może napisać w komentarzach a ja rozważę, czy coś w tym jest ]:->
|